Wczoraj zakotwiczylismy w Marinie Mildeno w Sao Vicente! Zanim jednak zakotwiczylismy wladowalismy sie sruba silnika w line pomiedzy jakimis opuszczonymi, zgrzybialymi jachtami. Tre cool! Kupa stresu, wszyscy na bacznosc, Sully z butla pod wode wyciagac line, pol portu na Dingy´ch przyplynela z pomoca, wiec to taki krzyk mody na nowe znajomosci:) Potem poszlismy na turystyczny spacer. Bylam pewna, ze znow bede chodzic po scianach, ale nic. Nawet lekkiego zawrotu glowy nie mialam.
Wyobrazcie sobie, ze czawrtego lub piatego dnia doszlismy po dyskusjach burzliwych do wniosku, ze plyniemy bezposrednio. Ja dostalam zawalu, ze to lekka przeginka, bo pisalam ,ze sie odezwe za ok 6 dni, a tu szykowalo sie kolejne 17 dni, ale na szczecie dzien pozniej (po zmianie kursu na zachodni) rano Arthur jednak stwierdzil, ze mamy za malo jedzenia, bo faktycznie przy wzroscie i apetycie Sulliego (ktory jest dla mnie czarna starsza kopia Stefana) to nie bylo mowy o przetrwaniu, albo tak, ale na glodzie, ajuz teraz mamy wystarczajaca liczbe rozmow, dyskusji oraz niekonczacyh sie monologow Arthura trwajacych za kazdym razem wiecznosc. I tak dotarlismy do Cabo Verde!
Dziekuje za odpowiedzi na moje nieliczne smsy, za wpisy i Madziu jeszcze raz za maila, ktory byl dla mnie przemila niespodzianka. Tesknie bardzo za moimi najdrozszymi osobami i za Polska. Choz trudno mi wyobrazic sobie snieg lub cos ponizej 15 stopni.
12 lat temu
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz