poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Trochę jak śliwka w kompot.

Decyzja o przedłużeniu wyjazdu z karaibskiego punktu widzenia była trafna, ale wiele osób próbowało podpytywać, bądź przekonywać, że wrócę i że czar pryśnie. Przyjechałam, wielokrotnie nie jest lekko, ale czar nie prysł. Jaki czar? Myślę, że największym czarem, jaki mnie spotkał to duża doza dystansu do siebie, a potem do wszystkiego wokół. Świat nie zmienił się w bajlandię a moje życie w życie królewny, nadal mam dni do bani. Smutne, powolne, ale wiem, że i te dni czemuś służą i że wystarczy poczekać, aż miną. Co więcej! Wiem ile tego dystansu jeszcze mi brakuje, hehe. Ale poluję nań prawie codzień. Chętnie stawiając czoła różnym gównianym sytuacjom. Bo każda jedna uczy i jest się później z czego śmiać.
Także delikatnie podsumowując, bardzo dobrze zrobiłam zostając do marca na St. Martin. I dobrze zrobiłam, że z tej wyspy wyjechałam, bo ta wyspa trochę jak Krasickiego, zasysa. I siedzę jak ta śliwka w kompocie.
Będzie ruch, będzie świeże powietrze i nowe doświadczenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz