wtorek, 9 lutego 2010

Historia z piątku.

Właśnie stop mnie złapał lub sam siebie. Zazwyczaj mijam pocztę,
idę kawałek dalej i czekając na autobus próbuję złapać stopa.
Dziś, bo późno, bo zmęczona zabrałam się za organizację
transportu do Marigot tuż przed pocztą. No i 3sec. później tuż
przede mną zatrzymuje się samochód. Okazało się, że facet (znów
francuskojęzyczny z petit anglais) nawet mnie nie widział, zatrzymał
się, by coś załatwić na poczcie, ale jeśli do Marigot to proszę
bardzo. I tak siedzę w jego samochodzie, który, w często spotykany
tu sposób, zostawił z kluczykami w stacyjce.
Skończyliśmy przejażczkę w mojej ulubionej, pierwszej po zejściu
na ląd piekarniocukierni na kawie.
Bardzo miła wyprawa do Marigot. Zaliczyłam 2 mariny, pasmanterię.
Bus driver zafundował transport, dzięki czemu pierwszy raz od dawna
wysiadłam przy poczcie, a nie jak zwykle w La Savanne by oszczędzić
50 centów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz