poniedziałek, 1 lutego 2010

Pic Paradise.

Sobota. Dzień, jak każdy inny. Rano kurs do Marigot. Bardzo mily i sprawny. Stopem pod samo Forum Caraïbe. Nasz raj materiałowo - szydełkowo - nitkowo - wełniany. Byłam o 9.13 pierwszą klientką. Potem Howell Center, a tam kupno strun i odbiór wywołanych negatywów. Okazało się, że w cenie wywołania dają ministykówkę. Cóż za radość. Powrót do domu z przemiłym francuzem, od 20 lat na wyspie i no english. Trochę rekord. Podczas wyprawy do miasta uległam pokusie i kupiłam dwa pisma branżowe, architektura i design. Leżą gdzieś na ziemi. Nawet nie zajrzałam:)
Potem praca z założeniem, że do końa dnia i wieczorem do sąsiedniej zatoczki (za Happy Bay) Friars Bay na full moon party. I tak sobota, godzina 14, we troje siedzimy na wiklinowym zestawie wypoczynkowym w salonie. Dima i Jordi w świecie makramy, Jordi wyciskając z iphona i badziewnego połączenia internetowego kawałki w rytmie drum'n bass jungle, ja szyjąc ręcznie, a la maszyna (she only looks like a person). We troje zawieszeni bez słowa w rytmie
zasuwającego jungle. I raptem! telefon. Dzwoni Mati, że jest u Loli i Pierra i że jadą pochodzić po Pic Paradis, czy chcemy. Tak. Za 15 min. jedziemy na wycieczkę w aurze kapuśniaka.
Droga betonowa pod szalonym kątem pnie się do góry. Kilka domostw, a za nimi już tylko zieleń. Dochodzimy do posiadłości, gdzie dziś jest restauracja i klub (wszystko na palach, wygląda jak domki na drzewach), zjazd na linach od drzewa do drzewa i szlak turystyczny, z przewodnikiem 25€. My zawijamy po terenie baru, gdzie szykują
brazylijską imprezę i powoli oddalamy się, kierując ku zarośniętemu szczytowi. Mijamy dom właścicieli posiadłości (tuz obok restauracji) w ogrodzie drzewa owocowe, grejfruty, mango i wiele innych, których nie potrafię zidentyfikować. Po trawie biegają kury, a wokół kur kurczątka. Droga po obu stronach zamknieta murem z
kamieni układanych bez zaprawy. Kawałek dalej wielki grobowiec rodzinny. Skręcamy w boczną drogę, która po chwili zmienia się w coraz stromszą ścieżkę wśród coraz gęstrzej roślinności. 200m dalej dwie płyty nagrobkowe, ok 1857-1926. Posiadłość jest byłą plantacją trzciny cukrowej, a rodzina przodkami plantatorów zmieszana z niewolnikami. Teren, który przemierzamy, kiedyś nie był tak sielski jak dziś, umarł tu niejeden niewolnik, harujący w pełnym słońcu i bardzo zróżnicowanym terenie. Idziemy lasem. Drzewa mają piękną korę, delikatną jak brzoza o kasztanowym kolorze. Inne w białe ciapy, obok wiszą liany (to na czym przemieszczał się Tarzan) skromnie szarokorych sąsiadów. Mijamy ruiny budynku, wielkością odpowiadające domowi, obok drzewo owocowe. Kwiaty tego drzewa wyglądają jak kwiaty klamr do włosów made in China. Pachną czymś pomiędzy cytryną a detergentem. Uwiecznione Canonem. Wilgoć wzmaża zapachy, każdy idzie w swoim świecie, oddychając tym rajem zapachowym i dotykając mijanych roślin. Z jednego drzewa wypływa
czarna jak krew żywica. Lola mówi, że to najwyższy szczyt na wyspie. Piekny zbieg okoloczności, parę dni wcześniej patrzyłam na otaczające nas góry i wiedziałam, że długo nie wytrzymam. Zechcą czy nie towarzyszyć mi chłopcy ruszam stopem pod najwyższą górę i idę. I weszłam w sobotę. Piękny widok, mimo chmur, na obie części wyspy. Piękny spacer.
Sobota zakończona finalnie długim wieczorem karaoke w barze Captain Frenchy. Ja na karaoke nie śpiewałam, za to w niedziele cały dzień jak nigdy dotąd. Potem party boys z resztą na full moon, ja lulu:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz