wtorek, 9 lutego 2010

Życiowy rekord pływacki.

W piątek, przed wyprawą do Marigot, szybka wspólna motywacja z
Dimą. On płetwy, maska z rurką, ja tak jak mnie natura stworzyla +
bikini. Płyniemy do Happy Bay. Godzina 13, krem 50. Do Happy Bay z
prądem i z falą, zimno, ale bez problemów. Spokojnie i z dobrą
prędkością. Z dala od brzegu, żeby móc płynąć z zamkniętymi
oczami, sól wyżera. Happy Bay z 20 min na rozgrzewającym - aż
palącym słońcu (wróciła pogoda) i wstałam mówiąc: "to co
wracamy?" wchodzac do wody. Dima zrobil kwadratowe oczy: "by the sea
you want??" oczywiście, że tak.
Powrót pod fale. Z litr wody wypiłam, łatwiej połykać, żeby nie
tracić energii na ksztuszenie. Płynę, płynę i słyszę z tyłu:
"Agata!!!". Odwracam się i widzę Dimitriego z gwiazdą morską w
rękach. Pierwszy raz dotykałam tego skalistego stwora. Niezłe, jak
kamień. Potem jeszcze krzyczał, że mini murena, ale wolałam się
nie zatrzymywać, bo ponad połowa dystansu była przede mną.
Wrócilišmy o 15, dystans 2,5km x2.
Wychłodziłam się, ścierpł mi język (na następne 1,5h), ale było
bosko. Dima wyjeżdża, ale powtórkę mam umówioną z Ralfem.

2 komentarze: