wtorek, 2 lutego 2010

Urodziny.

Jedyny od dawna słoneczny dzień, lampa na całego. Rano zrobiłam ciasto, poszłam do Julie po pranie (za masaże darmowe) po czym
rzuciłam cebulę i pracę i poszłam na plażę. Trzeci raz na wyspie plażowanie z premedytacją :-) na leżakach w kawiarni!!
Ustał wiatr i morze się uspokoiło. Więc popłynęłam pod zakotwiczony na zatoce trimaran znajomego. Kraula mogę chyba uznać za opanowanego.
Potem gotowanie, z Dimą posiekaliśmy milion cebul, w okularach słonecznych i masce nurkowej cali załzawieni i zasmarkani. Zupa była pyszna, zjedliśmy ją w poniedziałek :) Bo w niedziele były ziemniaki i kiełbaski z CEBULĄ z piekarnika, 2 sałatki, bagietek mnóstwo, Mati z radosnym akompaniamentem Dimy zrobili majonez (podstawą francuskiego majonezu jest odrobina musztardy, majonez to główny składnik diety Dimy, jak Tabasco Sulliego), Julie przyniosła brownie, a Mati zrobił deser, za którym kobiety sznurem (pokruszone digestive+masło /słone było wyśmienite/ ugniecione na dnie płaskiej formy, kajmak, roztopiona czekolada deserowa z rozgniecionymi orzechami laskowymi), no i faktycznie zrobił deser furorę, także dziewczyny, zafundujcie sobie odrobinę przyjemności!
Najedliśmy się jak dzicy, potem już gitara na tarasie, aż około północy postanowiliśmy sie przenieść na plażę (została Julie,
Marokańczyk, którego imienia nie pamiętam i Ralf) Zbieraliśmy się, Mati wszystkich wypychał pijanych, bo chciał odrobinę spokoju, po
czym jak wyszłam 5 minut po reszcie na plażę, nikogo nie było, więc wróciłam do domu i poszłam spać.
Dzień był długi i obfitujący w emocje. Dziękuję za piekne życzenia i za wzruszające dodatki, takie jak piosenka, laurka i zdjęcia. Kolejny czas refleksji.

O 4 rano, przerwa na siusiu, w łazience wielki karaluch, poszłam po klapka i polującą na karalucha sprintera zastał mnie Dima, który był cały pomalowany czerwonym markerem (tatuaże zrobionw przez Ralfa) i poibformował mnie, absolutnie zalany, że idzie to vomit i że mogę oczywiście wcześniej zrobić siusiu, ale spuszczając wodę (dla wyjaśnienia dodam, że po siusiu wody nie spuszczamy eko/nomi/logi/cznie), bo lubi mieć fresh water closet jak wymiotuje, jako, że ja byłam całkiem trzeźwa, a on całkiem zalany i cały pokryty czerwonymi rysunkami przypominało to raczej fragment czeskiego filmu i bliska byłam skonania ze śmiechu. Karaluch skorzystał z zamieszania i zbiegł. A Dima zaczął robić zdjęcia swoich tatuaży.
Rano, 4h po tym jak wstałam, zjawił się Ralf z czerwoną kropą od markera na czole i stwierdził, że ominęła mnie moja najlepsza
urodzinowa impreza:D
Po tym jak zrobili wielkie ognisko koło ralfowego obozowiska, poszli do centrum, gdzie Marokańczyk zniósł bas z piecem (Jordi miał ze
sobą gitarę akustyczną) i zaczęli grać na ulicy. Chłopcy moi, jako, że wyszli na plażę byli bez butów, Dima bez koszulki.
Opowieść Ralfa wzbogacili, po obudzeniu tylko tym, że Ralf był hipernadaktywny i że umawiali się, że po kolejnym jego wejściu
komuś w słowo klasycznym: „look, look" zaczną uciekać, etc.
Jordi wrócił do domu popołudniu z błogim wyrazem twarzy i
bynajmniej nie robił prania ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz