Chyba pierwszy raz, odkąd jestem na lądzie, dopadła mnie pustka. A może nuda?? Może takie odreagowanie poprodukcyjne? Dziś deszcz zmienił całkiem plany, mieliśmy z Matim iść do Happy Bay, sąsiedniej zatoczki z dziką plażą z normalnymi ludzmi, on masować, ja produkować, ale bezpiecznie pod jego okiem (ostatnia wyprawa na plażę przepełniona incydentami z napalonymi murzynami sfrustrowały mnie lekko. Plaza 15m od domu, a nigdzie nie mogę iść i się walnąć jak mam na to ochote). Zatem deszcz oczywiście anulował wymarzone plażowanie, za to obfitował w owocną wyprawę z Jordim do daczsajdu (again Philipsburg). Udalo się znaleźć wtyki uszne do kolczyków, a potem w Marigot kupić kordonek, szydeło, etc. Po powrocie wszyscy, nawet masażysta siedzieliśmy na tarasie, pod dachem, bo cały dzień kapuśniak z nieba, i produkowaliśmy. Celowo piszę produkowaliśmy, bo codzień w naszym interneszynal inglisz pada stwierdzenie: I have to produce. Służę za manekina, a mój opalony
dekolt w skąpych bluzeczkach dumnie prezentuje wyroby Jordiego. Dziś był dzień nadgarstka, bo w ruch poszły bransoletki. Od razu uprzedzę pytania - tak, będą zdjęcia i do tego posta i do poprzedniego, wybrakowanego.
Z tych niby nudów, no i poczucia, że za wcześnie by iść spać siadłam by opisać ten bezstan, wpadając jednocześnie na pomysł, że jednak wiem ma co mam ochotę - porysować, ale tak mnie znuzyło, ze mam w nosie. Najwyzej wstane o 5.
12 lat temu
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz