piątek, 1 stycznia 2010

Z podróży, 17 grudnia.

Wszystkiego najlepszego Izulku!

Rejs ten nazwałabym raczej poszukiwaniem miejsc bezwietrznych na
Atlantyku.

Dzień bez wiatru. Dzień "pogodzenia się" z prawdopodobną stratą
Machu. Dzień pływania z małymi waleniami na środku oceanu.
Pływania, skakania, krzyczenia. Zwieńczenie radości rozwiązaniem
problemów gastrologicznych. Wszystko takie skrajne. Nauka spokoju.
Nauka siebie. Jakaś wewnętrzna zgoda i oddech pełną piersią po tej
odrobinie ludzkości jaką było pływanie.

Stoimy juz chyba 25h. Woda atłasowa.

Na śniadanie 1,5 naleśnika o średnicy 10cm. Na obiad 3 chrupki
ryżowe z tuńczykiem i posiekaną cebulą. Nikt nie grymasi, ale
wszyscy są w większości czasu głodni. Gandalf również, bo
przyżądził popołudniu pudding czekoldowy, z zatopionymi
ciasteczkami piernikowymi i dżemem. Otworzył jedyną czekoladę i
jedną z dwóch paczek ciasteczek. Chyba sam jest bliski obłędu.
Przyznam, że dawno czekolada nie wydawała mi się tak słodka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz