piątek, 1 stycznia 2010

Z podróży, 29 grudnia.

Noc.
Zepsuł się autopilot. Więc nocami też sterujemy ręcznie. Dobrze
męczy. Znów pełne zachmurzenie. Raymond dzieli się kapiącym
sztormiakiem. Ale okna trzeba zamykać w kabinach. Brakuje powietrza.
Zatoki welcome to. Moje 1,5h sterowania spędziłam w snach z kebabem u
Turka. Zaklinam Carlosa, by bez zmartwień ruszył do Machu beze mnie i
że spotkamy sie przy jeziorze Titikaka w nowym już roku.
Dzień.
2 węzły lub mniej. Ale nie boli już głowa i nerka lepiej. Coś za
coś? Co za bzdura.

Jak tegoroczna wyprawa rusiecka na narty? Pogoda jak należy?
Zakładam, że skoro mnie nie było to zapewne w normie:)

Brzuszki urosły przez święta? Mikołaj kogoś zaskoczył wyjątkowo?

Wieczór.
Ocean nas uwięził. Wiatr znów kręci, 60 stopni poza kursem.
Przynajmniej przepieknie ciepło, gwiaździście i księżycowo. Chyba
oszaleję jak w końcu w oddali pojawi się zarys lądu.
2h później.

30 stopni poza kursem, trochę szybciej. Ostatnia legalna butla wody 8L
już tylko do połóweczka. Mamy jeszcze 2x5L na czarną godzinę. Ile
czasu trwa czarna godzina?

1 komentarz:

  1. Se puso dificil eh!?

    No, no me fui a Machu loquita, pero todo bien, tenia que ser asi y ya. Habra tiempo para otra vez.

    OdpowiedzUsuń