piątek, 1 stycznia 2010

Z podróży, 27 grudnia.

Noc, 00:10
Vamos!! La puta que le parió!!! Haha, piździ tak, że grzejemy 5.5-6
węzłów. Wiatr wreszcie północny. Asi me gusta!
Dzień.
Noc skończyłam na stojąco, przemoczona, w strugach deszczu a la
prysznic i to o normalnym ciśnieniu, nie w stylu Krasickiego. Pioruny,
7,5 węzła. Liczyłam sobie tylko po cichutku sekundy po błysku, bo
co by mi dało pytanie, a co by było gdyby? Ale muszę przyznać, że
najsroższe warunki z moich dotychczasowych doświadczeń żeglarskich.
Teraz 5,5 lub z silnikiem (piekarnia de Arthur) 6,2.

Umieram z tęsknoty za rozmową po polsku. Och ile bym dała za
serdeczny uścisk, nie mówiąc o czułym przytulaniu. Wiem, że to
już końcówka, ale każdego dnia wyskakuje nowy element utrudniający
i dodatkowo człapią ku mnie te moje kobiece smutne dni. Już drugi
raz na tym jachcie, kto by pomyślał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz