Zmiana wacht. Zbędne dyskusje. Dużo stresu. Podróż tym jachtem jest jak roczna terapia u psychologa. Niby spokój monotonia, a jednak 6 osób zupełnie sobie obcych nagle żyje 50 cm jednan od drugiej.
Hormony świrują, stan: ja, książka i Minga, a natłok zdarzeń powoduje burze emocji. Wycofałam się z prób dyskutowania lub bycia zrozumianą przez Arthura. Żyję z boku w moim rytmie, a jeszcze parę dni temu myślałam, że zapomnę jak się płacze. Teraz mam za to Cataratas Iguazu.
Dzień latających ryb. Wyskakują z fali i lecą tuż nad jej powierzchnią, podczas gdy opada, coś a la surfing. Czasem przelatują naprawdę niezły kawał!
Z Cabo Verde do Trynidad było 2100 mil. Gdy wczoraj liczba spadła poniżej 2009, 2008, 2003 większość z nas miała podobne wrażenie
cofania się w czasie :•)
Niedziela, 6 grudnia.
Mikołajki nieznane, niobchodzone, do bani takie Mikołajki...
Poniedziałek, 7 grudnia.
Po kolejnej dobie z bólem zatok znów piękny wydaje się dzień.
1640.
Wtorek, 8 grudnia.
Jednak St. Martin. Znów znak. Mniej spraw do rozstrzygania. Wysiadamy i ciao.
Gdzie podziewa się mama z Darkiem, nikt nie wie, gdzie jest Pardeborn! Szkoda, że nie nurkują na Karaibach.
Piąty dzień. To już drugi kwartał nadgryziony. Piękna pogoda.
"Gra w klasy" nabrała rytmu. Prę jak walec. Dziś jaką rozkoszą
było znaleźć fragment Gombrowicza. Dwóch zarozumialców. Con razón.
Jestem taka dotleniona, taka świeża.
Środa, 9 grudnia.
W końu złapałam sen. Śnił mi się dziadek Jurek. Byliśmy na spacerze, a może na dłuższej wycieczce, bo tyle było czasu na rozmowę i rozmawialiśmy, tak jakbyśmy robili to na codzień. Jakoś pod koniec snu zorientowałam się, że to tylko sen i że jest tyle tematów... Pierwszy raz mi śnił dziadek odkąd nie rozmawiamy.
Potem udzieliła mi się dziadkowa logika i sprawiedliwość, a może prawość i podczas śniadania wszyscy doprowadzali mnie do szału. Arthur odpalił patelnię, aby zrobić sobie grzanki (halo! Każdy by chciał) Sully i Mati zaczęli wyciągać masło orzechowe, z którego zrezygnowali podczas zakupów twierdząc, że to zbędny kaprys, a które jednak pojawiło się na jachcie (Arthur lub Ray). Co za dzieciaki. Całe dnie słyszymy moralizy szefa, żeby jeść prostsze potrawy (określane jako maksymalnie 2 puszkowe), a sam chleb smaruje masłem orzechowym, czekoladą i miodem (brytyjskie wyobrażenie czekolady Toblerone). Nie wiem czy ludzie nie kumają, czy udają??
Bardzo słaby wiatr. Odgłos jak wiosłowania na Czarnej Hańczy.
Dzień 6. Już tylko 10. Mam nadzieję! Życie pod presją nie było głównym celem wyprawy.
Popołudnie. Jestem bexnadziejnie pusta i smutna. Wypompowana. Żyjemy tu, niczym niewolnicy szefa. Żadnej atmosfery. Odliczanie dni. Super smutne.
Czwartek, 10 grudnia.
Stary, smutny człowiek wreszcie wywalił, co mu leżało na wątrobie. Jestem wg niego nierobem! Hehe, stanął w obronie nowo przybranego
synka z GB. A ten nie robi dosłownie nic.
Tęsknię Mamuś za Tobą i za tym francuskim serkiem St. Mcoś, moret,
czy moren.
che, pero hay que escribir en polaco aca? por eso no me contestas mis comentarios? :)
OdpowiedzUsuńsi que contesto, tan rapido que no te diste cuenta, estoy en ciber ahora:)
OdpowiedzUsuń