Już 3 sen o chodzeniu po lądzie. Byłam w kawiarni, gdzie jadłam
ciasto i w sklepie kupowałam figi, dżemy i miody.
U Was już 6 z minutami i niebawem zacznie się ostatnia,
przedświąteczna krzątanina (świetny wyraz), a ja sobie siedzę o 2
z minutami na stojącym, obijającym się na falach jachcie.
Jacht nie ma ubezpieczenia, dlatego Arthur woli do ostatniej kropli
słodkiej wody i okruszka czekać na wiatr. A jak się okazuje,
wszystkie statki mają obowiązek pomóc, np. dając paliwo, czy wodę.
Jak czuję się już naprawdę wyczerpana to wyobrażam sobie cuda
rodem z amerykańskich filmów, helikopter np. albo coś podobnego i
nagle te 11 dni staje się fraszką igraszką.
Dziś też mija miesiąc od wypłynięcia z Las Palmas. Miesiąc.
Dzień.
Ptaszek przez noc wpadł między książki, musiał się zaklinować i
kaput. Pobrecito.
Silnik, trochę wiatru, lepszy kurs. Dotarła do nas prawdopodobnie
fala posztormowa z północy. Wysokość, bagatelka, 8m. Jak jesteśmy
w najniższym punkcie łopocą żagle, bo wiatr nie dociera, jak i fale
z CB radia.
Arthur zrobił w mikrofali chlebki! Była łyżeczka pasztetu, 2cm
kabanosa, pół plasterka sera, ćwierć plasterka cytryny i! dżem,
masło orzechowe i czekolada. Matko, Świąteczny obiad jak słowo
daję. Na wieczór makaron.
Wczorajszy był wyśmienicie klejący, z roztopionym serem na wierzchu
i prawie gorący. Nie dałam rady zjeść całej porcji. Chłopcy
wybauszali oczy.
Wszystkiego co dla Was najważniejsze moi Najbliźsi. Kocham i
tęsknię ogromnie. Cały dzień byłam myślami tuż obok Was,
wyobrażając sobie co robicie w danym momencie i starając się
przekazać telepatycznie, że możecie być spokojni, bo jestem cała i
zdrowa.
mejor te mando un mail! :D
OdpowiedzUsuń