piątek, 1 stycznia 2010

Z podróży, 15 grudnia. Lewatywa.

Rano zmiana systemu wacht i kolejna godzina wstecz. Juz 4 godziny nas
różnią. Po 2h wachcie (jednoosobowej) zaczęłam oglądać mapy
St.Martin. Lotnisko, port, marina, szkoła, szkoła, centrum handlowe,
szpital. Ha! pomyślałam, wspomnienie z Karaibów- szpital i lewatywa,
na szczeście nie zdążyłam się z nikim podzielić tym fantastycznym
żartem. Tu dodam, jako, że już wszyscy mieli podobny problem, tylko,
że zdecydowanie krócej, cała piątka głowi się razem ze mna, co
mogłoby mi pomoóc i tak samo jak ja, wszyscy posiadający
jakiekolwiek lekarstwa przygotowani są na biegunki. Ale wracając do
meritum, natchnięta pomysłem zrobiłam sobie pierwszą w życiu
lewatywę.

Powoli zmniejszamy porcje. Dwa naleśniki na głowę, jeden z bazylią,
drugi grubszy z serem w środku. Artur stara się o rybę. Dwie
ostatnie wyglądały jak miecz lorda Veidera. Ościste, srebrne,
długie węże oceaniczne o centymetrowych zębach. Ble. W razie
głodówki, moje uda plasują się tuż po psie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz