piątek, 1 stycznia 2010

Z podróży, 30-31 grudnia.

30 grudnia.
Przestałam już myśleć o końcu tej wyprawy. Jak dopłyniemy to się
bardzo ucieszę, kiedy to będzię? Who knows.

Kolejna awantura. O bzdurę. Dziś jesteśmy najgorszą ekipą na jaką
kiedykolwiek trafił w rejsie i bandą durnych ignorantów. Arthur
ledwo ciągnie. Bez tytoniu od chyba już 4 dni i jeszcze od 3 gra non
stop na komputerze, co zdecydowanie pogorszyło jego stan.

Wieczór.
Piździ jak jasna cholera. To zabawne, że przy takim wietrze wystarczy
zaledwie jeden dzień niecały na pokonanie pozostałych 120 mil, a jak
sobie dmucha lub nie dmucha robią się z tego dni. Z 690 do 590
zajęło nam 8 dni.

Teraz tniemy 6 baidewindem, wszyscy podjarani. Jutro generalne
porządki.

31 grudnia.
35 mil do celu. Brr. Cały dzień sprzątanie, pakowanie. Ray
oczywiście spał cały dzień, ale za to mówi z Brytyjskim akcentem,
którego mam powyżej dziurek w nosie:) I excite!!!!! Prujemy 6
węzłów, na lunch była pasta. Niebawem powiem Wam, że nigdzie nie
zginęłam. Rany, rany..
18:15 Już widać pierwsze światełka. Teraz zaczęłam się martwić,
czy telefon będzie działał, etc. No ale to przecie europejska wyspa,
także czekam.

19 z minutami. Udało się skontaktować. Ogromna dawka emocji. Teraz
wszystko schodzi i ogarnia mnie senność. Czas do steru. Port już za
2 godzinki.
23:52 nadal na jachcie, dingy już dopompowana, z silnikiem, zaraz się
ładujemy. Fajerwerki 0:00. Spacer z plecakiem krokiem żeglarza.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz